Pierwszy w Polsce portal poświęcony jeździe konnej w damskim siodle
i nie tylko...


Jak jeździłam na panu Bubie,
czyli wspomnienia z planu "Lalki".


Mam raczej skąpe doświadczenia "końskie". Mój Tata uważał, że to niebezpieczny sport, zwłaszcza dla osoby tak szalonej jak ja, musiałam więc jeździć po kryjomu i wkrótce mi się to znudziło.
I nagle stanęłam przed koniecznością nauczenia się jazdy konnej - na użytek filmu Lalka - i to w dodatku DOSKONALE, ponieważ reżyser telewizyjnej wersji Lalki, w której grałam panią Wąsowską, jest z natury dokumentalistą i uparł się, że muszę jeździć bardzo dobrze, ponieważ Prus pisze, że pani Wąsowska 'jeździła lepiej niż niejeden dżokej, gdyż miała w sobie kroplę krwi węgierskiej'.
Zaczęłam więc chodzić na lekcje jazdy konnej. Mieszkałam wtedy w Dąbrówce za Pyrami. Na przeciwko była niewielka stajnia, nazwano ją "Szalony koń". I tam uczyłam się jeździć.
Najpierw miałam jeździć w siodle sportowym, a potem - jak już to opanuję, przesiądę się w damskie.
Mam lęk wysokości, więc już na samą myśl o siedzeniu tak wysoko dygotałam ze strachu. Mało że mam siedzieć na górze, to jeszcze ta góra będzie się pode mną ruszała!
Poza wszystkim mojej naturze humanistki i demokratki bardzo przeszkadzało to, że zwierzę siada na zwierzę - jest to dla mnie coś strasznego! Jedyną dopuszczalną sytuacją jest dziecko 'na barana', a reszta jest kompletnie nienormalna i dyskryminująca dla mniejszego (przepraszam: tutaj WIĘKSZEGO!) brata! Wiec czułam jakiś protest wewnętrzny, że dokonuję przemocy na tym zwierzęciu: spada mu na grzbiet i wczepia się w niego rozpaczliwie jakaś baba, trzęsąca się zresztą ze strachu.
Na początku usłyszałam: "Na Czarterka pani Basiu, bo on jest najłagodniejszym konikiem. Tylko jak da już na siebie wsiąść! Bo to jest właśnie najtrudniejsze..." A ja miałam w filmie głównie wsiadać i zsiadać!
Oczywiście piętnaście razy spadałam, raz na jedną, raz na drugą stronę konia, już przy samej próbie dosiadania go. On na pewno czuł mój bunt wewnętrzny i to, że zbyt go szanuję, żeby na niego włazić. I jeszcze go dźgać ostrogami!
Więc dostałam potem innego konika - Luckyego. Ten z kolei dawał łatwo na siebie wsiąść i pięknie chodził, pod warunkiem że nie było deszczu. Bo jak były kałuże, to on natychmiast się w nie kładł i tarzał w wodzie. Jak tylko Lucky zobaczył jakąś kałużę, to natychmiast do niej biegł, przewracał się, a ja razem z nim lądowałam w tej kałuży... To była naprawdę groza! Szło mi fatalnie, jak mawiała pewna niania moich dzieci - jak krew z nosa.
Zbliżał się termin rozpoczęcia zdjęć, więc oni mi mówią, że w końcu muszę wsiąść w damskie siodło ("Tylko ja nie wiem jak to będzie, bo jak pani tak nie może sobie dać rady w tym sportowym, to co będzie z tym damskim?").
Myślę sobie: "Katastrofa!" Reżyser też się już wtedy zorientował, że ja raczej będę tylko atrapą, która będzie wsiadała na tego konia i zsiadała, natomiast prawdziwą jazdę będzie musiała "zrobić" jakaś dublerka.
Niestety okazało się, że panie z klubu jeździeckiego jeżdżą za słabo i jako pani Wąsowska pojechać miał... pan Buba.
Pan Buba był kimś z ekipy technicznej, jednym z elektryków czy speców od dekoracji i bardzo znaną postacią w filmie. Był mężczyzną dużym, postawnym i... brodatym. Ale mówiło się na planie, że to nic nie szkodzi. Że gruby - nie będzie widać z daleka, bo miał pojechać galopem pod wiszącymi gruszami, dokładnie według Prusa. Zadecydowano też, że pan Buba zgoli brodę i wąsy, woalem od cylindra twarz mu się zasłoni i nic nie będzie widać.
Następnego dnia przeżegnałam się, pożegnałam z najbliższymi i pojechałam na lekcję jazdy w damskim siodle. Tym razem przyprowadzili mi jakąś klaczkę, która też miała być bardzo spokojna i dobrze ułożona. Wsiadłam na to damskie siodło i nagle poczułam... że jest mi dosyć wygodnie!
Po pierwsze nie mam tych beznadziejnie rozdziawionych kolan, co absolutnie nie leży w naturze kobiety (tak się podobno kiedyś płeć sprawdzało - kiedy w średniowieczu kobiety często przebierały się za mężczyzn, czując się bezpieczniej w podróży na przykład - że rzucano na kolana jabłko, czy kamyk. Mężczyzna zawsze rozwiera nogi, bo nie chce, żeby go coś uderzyło, a kobieta łączy kolana razem. Czyli to jest najbardziej naturalny, podświadomy odruch ciała kobiety).
Więc jak ja miałam się dobrze i pewnie czuć z lękiem wysokości i z rozdziawionymi kolanami na Czarterku, który nie daje się osiodłać albo na Luckym, który się wali w każdą kałużę?!
Natomiast jak sobie siedziałam na tej klaczy, tak dama z damą na spacerze... jakoś mi się to wydawało zupełnie naturalne. Proszę sobie wyobrazić, że ani razu nie spadłam! Czułam się pewnie, mając razem kolana, stopę przy stopie, no jedną trochę wyżej, ale łydki razem. Byłam zwarta, byłam jedna częścią ciała. A ten koń był jakby obok mnie. Poczułam się wtedy spokojniejsza i pomyślałam, że mogłabym tak jeździć, ale już zaczynały się zdjęcia i musiałam skończyć te lekcje.
Pierwsze sceny jakie mieliśmy kręcić to było spotkanie pani Wąsowskiej z Wokulskim w lesie przy jakiejś przecince i on jej pomaga zsiąść z konia, potem ona wsiada na konia, zacina go i jedzie pod te nieszczęsne grusze, co już należało do pana Buby. Od tego właśnie wsiadania i zsiadania zaczynały się nasze sceny końskie.
Po pierwsze pan Buba porwał mi cały kostium, bo dopasowana amazonka popękała w szwach i porozrywała się zupełnie pod pachami, kiedy to barczyste chłopisko w nią się wbiło (bo ja wtedy byłam wiotkim bluszczykiem).
I nie było mowy o zgoleniu brody! Ponieważ on ślubował, że dopiero po ślubie zgoli wąsy i brodę, a do ślubu jeszcze daleko było... Więc nie chciał się na to zgodzić za żadne pieniądze. Żeby nie było tej brody widać z daleka, otoczono ją woalem. Tylko że to dość dziwnie wygląda, kiedy ktoś bardzo uważnie się przyjrzy... Jak się jedzie pod wiatr - woale rozwiewają się gdzieś z tyłu za jeźdźcem, wraz z końskim ogonem i grzywą. Panu Bubie jednak nie rozwiewało się do tyłu. Koniowi rozwiewały się do tyłu grzywa i ogon, a panu Bubie woal odstawał do przodu i dopiero w odległości kilku centymetrów zaginał się i powiewał do tyłu.
Natomiast wszystkie jazdy zbliżeniowe wykonywałam dokładnie NA panu Bubie. Chodziło o to, żeby pewne partie namiętnego dialogu odbywały się - jeśli nie w galopie - to przynajmniej w kłusie. A wolne i liryczne w stępie. Pan Buba robił więc wszystko: stęp, kłus, cwał, galop - wszystko na zawołanie, tak że ja tylko siedziałam na jego ramionach, a reżyser cicho lub umownymi znakami wydawał polecenia - i pan Buba zmieniał tempo.
Praca na planie tego filmu była wielką przyjemnością. Zdjęcia domu hrabiny Zasławskiej były kręcone w Zaborowie, a jazdy w plenerach pod Warszawą, za Kampinosem.
Wbrew wszystkim opiniom, wbrew temu co mówią koniarze, uważam że kobiecie jest łatwiej, naturalniej - nie mówiąc już o wdzięku i elegancji sylwetki - niż rozdziawiać nogi na dyszącej z buntu i chęci odwetu bestii.
A swoją drogą, ciekawa jestem czy pan Buba ożenił się wreszcie i zgolił brodę i czy małżeństwo nie rozsypało się, broń Boże?...

Barbara Wrzesińska